"Mężczyzna wszedł do kolejnego
pomieszczenia"
pachniało miętą, zaschłym brudem, kurzem
z głębokiej przeszłości... Poza tym było chłodno i ta mięta uderzała go tak
ostro w spojówki, aż mu łza spłynęła. I ciemno było tak, że oko wykol.
- Ale dlaczego jest tak ciemno - pomyślał,
i zaraz potem potknął się o coś dużego i przerażająco bezwładnego, że aż musiał
się podparciem gwałtownym ratować, by nie rymsnąć, jak długi. Aż ciarki mu
przebiegły po plecach, a po chwili oblał się zimnym potem.
- Kurwa - zaklął, choć na codzień powściągał
język, tym razem zląkł się tak bardzo, że trudno było mu zapanować nad sobą.
- A z resztą - pomyślał - czy ktoś
uwierzłby mi, gdybym powiedział w takim momencie -
- O jejku - albo - cholipcia?
- Hahahaha...- zaśmiał się głośno, na samą
myśl o tym...
W międzyczasie, wcale tego nie kontrolując,
szedł z wyciągniętą przed siebie ręką badając przestrzeń przed sobą, a
stopami szurał, jak starzec, w obawie przed kolejną przeszkodą.
- Gdzie ja idę wlaściwie - powiedział całkiem
głośno.
Zastanowiło go głębokie echo, które
brzmiało niczym zlowieszcza otchłań. Skóra mu ścierpła, gdy coś chłodną wilgocią
musnęło mu nogę na wysokości kolana i z wyraźnym szuuuu znikło. Przerażony stanął.
Wstrzymał oddech, wyostrzył słuch, a oczy miał wytrzeszczone do granic możliwości,
choć tak naprawdę nic nie widział.
- Boże, gdzie ja jestem - tym razem pomyślał
najciszej jak potrafił.
Kamyk. Może nie kamyk. No, w każdym
razie COŚ stuknęło. W tej ciszy brzmiało tak głośno jak wszystkie organy świata...
Czuł narastające przerażenie, nogi śliskały
mu się na mokrej i chłodnej mokrym kamieniem powierzchi, i szedł tak szurając,
i szedł z wytrzeszczonymi oczami, i wcale nie zamykał powiek, i łzy moczyły mu
koszulę, i słyszał szczęk własnych zębów...
- Szuuu - znowu poczuł dziwne i bardzo
nieprzyjemne dotknięcie, czegoś co szybko się przemieszczało.
- Zwariuję... - zatrzymał się całkiem
rozdygotany i nie wiedział, już całkiem, gdzie skręcić, co robić, żeby stąd
uciec, wyjść. I nie pomagały mu w tym dziecięce sposoby, które dotąd stosował w
trudnych dla siebie sytuacjach: zamykanie oczu, myślenie o ciepłym i przytulnym
pokoju na trzecim piętrze. Bo właśnie wyobraźnia podpowiadała mu teraz
niesamowite historie: bał sie o nich mysleć, że je myśli...
- Szuuu..-
- Kuuurrwwa!!! - odbiło się wielokrotnym
echem, zakręciło zastałym i starym powietrzem.
Biegł. Trudno mu było utrzymać równowagę
na mokrych i nierównych głazach, i co jakiś czas podpierał się ręką już
niemal wywrócony, by w tym swoim panicznym strachu, odbić się niemal cudem,
by powstać gnając coraz szybciej w dal, bo trudno powiedzieć, że przed siebie.
W nicość raczej...
Ile to trwało? nie wiedział. Po prostu
biegł, powstawał, gdy się potknął. I biegł dalej nie wiedząc, ani gdzie jest,
ani co tu robi, ani ile to trwa, ani co mu przemyka koło nogi - i nawet nie
chciał się, prawdę mówiąc, dowiedzieć co to jest, bo wyobraźnia
podpowiadała mu straszne rzeczy - podświadomie, nie chciał się
przekonać co takiego jest.
- Uciec stąd - myślal intensywnie i wciąż
biegł, słysząc wokół swoje kroki, jakby ich kilku, nie jeden biegł...
Żołądek miał całkiem rozdygotany, dyszał,
jak mały parowóż - trochę ze strachu, a trochę ze zmęczenia. powoli czuł, że
strach tłumi narastające w nim zmęczenie. I biegł dalej, jak w transie,
mechanicznie niemal, i czuł szuu obok, i biegł, i biegł. Nie wiedzial, czy
biegnie dalej, czy może drobi ciągle w tym samym miejscu. Już nad tym nie
panował wcale - jakby jego ciało oddzielilo się od niego: ono biegło, a on je
obserwował w ciemności.
Kolejne przebiegnięte metry śliskiego chłodu
zostawały za nim. Ale czy na pewno?
Już nie zastanawiał się nad tym wcale.
Po prostu biegł.
- Tam jest życie, tam jest słońce - myślał,
rozcierając obite, po raz kolejny, kolano...
- Ratunku - wszystko w nim krzyczalo, choć tak naprawdę nie
wydał z siebie dźwięku...
I tylko to szuu... I ciarki, i biegł coraz szybciej, i już
krzyczał na całe gardło, jakiś bełkot strachu wydobywając z siebie.
Rodzaj strasznegp bełkotu, który nawet jego samego przerażał.
I wtedy znowu potknął się, by z całym
impetem, z energią jaką w bieg wkladał, wyrżnąć o to, co było mu przeszkodą.
Nagle zachwiało nim strasznie, zamachał rękami, wstrzymał oddech, zdążył przekląć
i nim pomyslał - leżał, jak długi, a właściwie sunął z szybkością rakiety, po
mokrych i śliskich zimnem kamieniach. Myślał, że wieki to trwało, i tak naprawdę
to nie wiedzial ile.
Wydawało mu się, że ciągle leżąc
sunie naprzód, i że już tak będzie na zawsze. Dopiero głośne łup, wyrwało
go z letargu i zamroczony jeszcze mocnym uderzeniem w głowę, zorientował się, że
trafił na COŚ znajomego przed sobą. Twarde i gładkie.
Rozcierając jedną ręką czoło, powoli
macał tą gładkość przed sobą. Podniósł prawą rękę w górę i obleśne szuu otarło
mu się o stopy. Zelektryzowany tym dotykiem - podskoczył. Uderzenie w
głowę zamroczyło go niemal całkowicie. Ocknął się i nie wiedział wcale, czy minęła
minuta, czy wieczność - odkąd tak leżał.
- Kuurrwaa!!! - bezsilnie to brzmiało,
niczym skomlenie szczeniaka. Płakał i nie mógł tego łkania powstrzymać. Kucnął
i trząsł się cały. I kiedy kolejny szloch mocno nim wstrzasnął, zdał sobie
sprawę z tego, ze opiera się plecami o znajomą gładkość. Zamarł. Powoli unosił
się, aż głową natknął się na stalową twardość.
Nacisnął ją, a klamka nie stawiała
oporu....
Autor tego rozdziału: BEAta Pflanz:)